poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych!

Tak, moi Drodzy, weselcie się, wypoczywajcie i znajdźcie jakieś fajne przedmioty (niekoniecznie odzież wierzchnią ;) ) pod choinką! Uważajcie na śliskie podłoże, nie przejadajcie się (choć najeść się możecie, oczywiście ;) ), ulepcie sobie bałwana i dobrze się bawcie. A w Nowym Roku odnieście jeszcze więcej sukcesów niż w poprzednim. ;)

Wszystkiego dobrego!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Klaun [pierwsze opowiadanie by Oli - wow! :P ]

by Oli


Huh, cóż za dzień, cóż za okazja! Moi znakomici koledzy - Heini i Konował - wrzucili już po kilka swych opowiadań, do których zapoznania się oczywiście zachęcam i polecam, bo są to dobre rzeczy, lecz ja - pomimo tego, że produkuję tego typu tekstów chyba nieco więcej od nich - jeszcze nigdy nie wrzucilem żadnej beletrystyki na gnomią chatę. Dlaczego? Nie wiem. W każdym razie - lepiej późno niż wcale - i, co więcej, będzie to najprawdopodobniej jedyne me opowiadanie zamieszczone na tym blogu, siły będę dalej angażował w teksty o filmach.

Na początku muszę zaznaczyć, że fabuła nie jest oryginalna; że jest to rzecz jak na mnie dość sentymentalna, niektórzy uważają także, że to mój najgorszy twór... lecz ja mam doń jakiś sentyment i nie oceniam go aż tak ostro. Prosta to rzecz, w gruncie rzeczy bardziej współczesna baśń lub historyja metafizyczna, a nie "normalne" fantasy, "normalne" sf, "normalna" beletrystyka... Pojawiają się też momenty, które można uznać za lekko kiczowate, ale doczytajcie do końca - wszystko (no, prawie) się wyjaśni! ;) Od roku sobie istnieje i niewiele z tym zrobiłem, trzymajcie więc, potraktujcie to jako ciekawostkę!

Miłej (mam nadzieję ;) ) lektury! 


(Wszelkie komentarze - także krytyczne :P - mile widziane)



KLAUN


Tadeusz siedział na tyłach namiotu, wpatrując się bez zainteresowania w rozgrywające się przed nim widowisko; gruby klaun o twarzy wymalowanej białą i czerwoną farbą, w szerokich, różowych spodniach, starał się rozśmieszyć grupkę kilkunastu osób. Wywalił się właśnie jak długi, niby to na skórce od banana, ale nikogo to nie ruszyło. Ten żart dawno temu przestał być śmieszny.

Mężczyzna westchnął ciężko. Tak naprawdę nie wiedział, po co tu przyszedł. Kiedyś, dawno temu, gdy był jeszcze mały, kochał cyrk; niemalże codziennie wiercił dziurę w brzuchu swemu ojcu, błagał, żeby poszli oglądać tańczące słonie, akrobatów, zaklinacza węży, nawet tę dziwną kobietę z brodą. Teraz jednak nie czuł się tu dobrze. Cyrk go przygnębiał. Kiedyś publiczność, złożona z marzących o chwili odprężenia po ciężkim dniu pracy dorosłych, i przede wszystkim z roześmianych dzieci, dla których to miejsce było innym, pięknym, magicznym światem, wypełniała wszystkie miejsca, od pierwszego do ostatniego. Teraz większość ław świeciła pustkami, a ci nieliczni, którzy zdecydowali się na kupno biletu, nie wyglądali na zadowolonych. Ich twarzy nie rozpromieniały uśmiechy; ich oblicza, poprzecinane głębokimi bruzdami zmarszczek, były szare jak jesienne niebo.

Tadeusza jednak najbardziej przygnębiali cyrkowcy. Wykonywali swoje obowiązki z dokładnością i profesjonalizmem, lecz ich wystudiowane, mechaniczne ruchy upodobniały ich do pozbawionych uczuć robotów; na ich twarzach nie dało się dostrzec pasji i radości, jedynie słabo ukrywany smutek i rezygnację. Występy były dla nich już tylko pracą, nie przyjemnością; chodziło o to, by odbębnić swoje i dostać marną zapłatę.

Niegdyś cyrk był dla Tadeusza pełnym śmiechu, magicznym światem; teraz przywodził mu na myśl powoli rozkładającego się trupa. To miejsce nie mogło wygrać z telewizją. Tak jak teatr. Tak jak cały dawny świat; tak jak świat, który Tadeusz pamiętał - jego świat.

Nic już nie było takie, jak kiedyś. Kiedyś przychodził tu z Marcinem, nim...

Potrząsnął gniewnie głową, zły na siebie. Po co tu przyszedł? Co go napadło? To wszystko było bez sensu...

Nagle poczuł przemożną chęć, by zerwać się z ławy i uciec z tego przeklętego namiotu, wybiec na zewnątrz, pod to cholerne, szare niebo... Nie ruszył się jednak. Perspektywa powrotu do domu przerażała go; perspektywa powrotu do tych pustych, przygnębiających ścian, które zdawały się na niego napierać, jak gdyby chciały go zmiażdżyć...

Wytrwał do końca. Przecierpiał nieśmieszne dowcipy klauna, sztuczki smutnego iluzjonisty i usypiające ględzenie konferansjera. Wszystko to po to, by... Właśnie, po co?

Gdy przebrzmiały już niemrawe oklaski, a publiczność zaczęła zbierać się do wyjścia, Tadeusz nie ruszył się ze swego miejsca, choć jeszcze przed chwilą chciał stąd wybiec. Dopadł go ten sam smutek, który prześladował go od tak długiego czasu. O jego źródle wolał nie myśleć. „To normalne” mówili psychologowie, jakby rzeczywiście było to coś najzwyczajniejszego na świecie. Pieprzenie. Nie wiedzieli, o czym mówili. Nie zdawali sobie z tego sprawy, oni tego nie przeżyli. Oni też stracili serca do pracy; przychodzili, dawali głupie rady i brali za to pieniądze. Nie interesował ich człowiek; jedynie to, ile można było na nim zarobić.

Ci cyrkowcy też tacy byli. A pamiętał ich innymi; pamiętał uśmiechniętych ludzi z pasją, nie te smutne roboty, patrzące na widzów jak na żywe portfele. Wszystko się zmieniło. Cały ten popieprzony świat. Człowiek był wart tylko tyle, ile miał na koncie, nie więcej.

Anna też tak uważała. Dlatego odeszła, takiego samego jesiennego dnia, jak ten. Powiedziała, że potrzebuje czegoś więcej, że nie chce tak żyć. A przecież kiedyś mówiła, że go kocha – bez względu na wszystko, bez względu na stan jego konta. Kłamała.

Tylko Marcin był inny. Zawsze uśmiechnięty, kochał bezwarunkowo; nie za pieniądze czy dla pieniędzy; kochał Tadeusza za to, kim był, i w zamian pragnął jedynie miłości. Ale on był tylko dzieckiem. Co on mógł wiedzieć o tym cholernym świecie?

Może to i lepiej, że...

-Przepraszam pana... – usłyszał czyjś głos; Tadeusz zdał sobie sprawę, że stoi przed nim konferansjer, ten sam, który bez większego przekonania dziękował widzom za przybycie do cyrku. – Ale już dawno po przedstawieniu... nie idzie pan do domu?

-Tak, tak... - mruknął Tadeusz, powoli wstając z ławy. Rzeczywiście, wszyscy już sobie poszli.

-Przepraszam, że zapytam – gnębił dalej tamten – ale czy dobrze się pan czuje? Siedział pan tutaj bez ruchu, ze zwieszona głową, myślałem, że coś panu jest...

-Nie, nic, dzięki. – mruknął, nie patrząc na konferansjera. Niepotrzebnie tu przyszedł.

Gdy znalazł się na zewnątrz, zauważył, iż szarość chmur zdążyła już przejść w złowróżebną czerń. Będzie padać.

-Do diabła. – syknął, przyspieszając kroku. Dlaczego nie przyjechał tutaj samochodem?

-Nie wywołuj wilka z lasu! - rozległ się nagle za jego plecami czyjś głos; Tadeusz obrócił się na pięcie, by spojrzeć prosto w wymalowaną twarz klauna.

Dopiero teraz, z tak bliska, zauważył, iż szeroki uśmiech błazna nie był naturalny; był wynikiem użycia sporych ilości czerwonej farby, fasadą, za którą skrywało się prawdziwe oblicze tego człowieka. Był tak samo smutny, jak pozostali cyrkowcy, a jego wesołkowate zachowanie było tylko grą. Jego pracą.

-O wilku mowa, a wilk tu. – westchnął umalowany mężczyzna.

Tadeusz obrócił się na pięcie, nie mając zamiaru odpowiadać wariatowi, i wrócił do przerwanego marszu.

-Niech pan nie odchodzi. – odezwał się ponownie klaun. – Mam panu coś do pokazania... Coś, co może pana zainteresować.

Tadeusz nie zatrzymywał się. Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna, a błazen zaczął go niepokoić. Chciał jak najszybciej stąd odejść. Chciał, żeby klaun zostawił go w spokoju.

-Chodzi o Marcina.

Mężczyzna zatrzymał się raptownie, jak gdyby jakaś niewidzialna siła nagle pozbawiła go możliwości poruszania. Na czoło wystąpił mu zimny pot.

-Co? Skąd o nim wiesz? - syknął, odwracając się do przeklętego błazna. Twarz wykrzywiła mu się w grymasie wściekłości i niedowierzania, lecz cyrkowiec się nie przestraszył. Dalej uśmiechał się smutno.

-Nie chcę tu o tym rozmawiać – wyjaśnił spokojnie – ale niech się pan nie denerwuje. Nie mam złych zamiarów. Proszę iść ze mną, przejdziemy tylko kawałeczek, do mojej przyczepy, mam tam coś, co pana zainteresuje... - widząc wahanie Tadeusza, dodał: - Wiem, że to wszystko brzmi dziwnie... wiem, naprawdę, zdaję sobie z tego sprawę. Ale proszę tylko o minutkę. Tutaj, dosłownie za rogiem. Nie zrobię panu krzywdy. Był pan dzisiaj na naszym występie, zapłacił pan za bilet... dzięki panu będę miał co jeść. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć. Proszę.

Tadeusz wahał się; cała ta sytuacja była co najmniej dziwna. W tym klaunie było coś niepokojącego, coś przerażającego. Ten jego smutny uśmiech, ukryty pod czerwienią wymalowanych, radosnych ust, ten jego spokojny głos, a przede wszystkim – jego słowa. Skąd wiedział o Marcinie? To było niemożliwe! Nie znał go, nie mógł wiedzieć...

Może to był jakiś psychol, zboczeniec, śmieć, który chciał mu zrobić krzywdę? Może chciał go pobić i okraść... albo zabić? Lecz skąd wiedział o Marcinie?

-Wszystko panu wyjaśnię. – klaun odezwał się ponownie, jak gdyby czytał w myślach Tadeusza – Niedługo.

I nagle, jakby wbrew sobie, mężczyzna zrobił krok do przodu, a potem następny i następny, tuż za tajemniczym cyrkowcem. Nie wiedział, dlaczego postanowił mu zaufać, dlaczego podjął ryzyko. Być może miało to coś wspólnego z tym, że to był tylko klaun z nadwagą; co mógł mu zrobić? Nie stanowił żadnego zagrożenia.

Nie. Tadeusz pokręcił głową. Doskonale wiedział, dlaczego z nim idzie. Musiał się dowiedzieć, skąd ten psychol znał Marcina.

Nie szli daleko. Drzwi starego, szarego wozu cyrkowego były otwarte na oścież, ukazując równie przygnębiające wnętrze. Poza łóżkiem, małym stolikiem i brudnymi ścianami, w środku znajdowała się tylko duża szafa, jedyny piękny przedmiot w tym smutnym miejscu, wspaniale wykonana, ciągle pachnąca świeżo ściętym drzewem; przywodziła na myśl te magiczne, zmyślone szafy, w których w dzieciństwie chował się Tadeusz, gdy coś mu nie wychodziło lub czegoś się bał. Matka czytała mu Lewisa i pewnie stąd darzył estymą takie stare meble. Gdy był mały, miał nadzieję, że za lasem wieszaków znajdzie przejście do innej krainy, piękniejszej niż świat, w którym przyszło mu żyć.

-Po co tu przyszliśmy? - spytał zniecierpliwiony, gdy klaun usiadł na krześle, wpatrując się w niego dziwnym wzrokiem.

-Proszę usiąść. – zaprosił go błazen po chwili wahania, lecz zauważywszy, że Tadeusz ignoruje jego słowa, kontynuował: - Jak już mówiłem, rozumiem, że dla pana to wszystko jest dziwne, ale...

-Skąd wiesz o Marcinie? - nie wytrzymał drugi mężczyzna; chciał jak najszybciej stąd wyjść, uciec, lecz musiał wiedzieć, skąd ten psychol znał jego syna.

-To nie ma żadnego znaczenia. - odpowiedział tamten, jak gdyby nigdy nic.

-Dla mnie ma! - nie wytrzymał Tadeusz. – Mówisz o moim synu, na miłość boską! Ty cholerny...

-Cśśśś.... - uciszył go delikatnie klaun; jego spokój nie został zburzony przez wybuch gniewu drugiego mężczyzny. – Nie używajmy takich nieładnych słów. To naprawdę nie ma większego znaczenia. Niech się pan nie boi, nic złego panu nie zrobię. Chcę panu pomóc.

-Cholera, dzwonię na policję! - Tadeusz rzucił się do tyłu. To wszystko przypominało jakiś surrealistyczny sen albo kiepski film. Ten błazen był chory, to pewne. Chory. Powinien siedzieć w domu wariatów, a nie występować na scenie. Nie może straszyć porządnych ludzi. Nie może.

-Mogę go panu zwrócić. - powiedział spokojnie klaun, nie wstając ze swego miejsca.

Te słowa były tak niespodziewane i równocześnie tak bezczelne, że Tadeusz zatrzymał się w pół drogi. Obrócił się z powrotem do tego psychopaty i roześmiał prosto w ohydną mordę. Nie wiedział, czy ma mu tylko rozkwasić tę głupią gębę czy zatłuc na miejscu.

-Ty gnoju... - wycedził przez zęby, gdy minął mu już atak histerycznego śmiechu. – Ty głupi gnoju... on nie żyje.

-Przecież wiem. - odpowiedział spokojnie klaun, wstając z krzesła. – Ale mogę ci go zwrócić.

-Jesteś chory... naprawdę chory... - Tadeusz pokręcił głową z niedowierzaniem – Zadzwonię po psychiatrę, gliny, kogo tam jeszcze, niech cię zgarną, musisz się leczyć...

-Jak chcesz. - rzekł obojętnie błazen, podchodząc do szafy. – Rób, co uważasz za stosowne. Ja cię do niczego nie zmuszam. Składam ci tylko propozycję. Jeśli cię to nie interesuje, to nie. Ale wiedz, że nie jestem szalony. Możemy wyrwać piekłu duszę twego syna. Pamiętasz Gilgamesza?

Zimny pot oblał ciało Tadeusza, mroźna dłoń strachu zacisnęła palce na jego sercu. Ten człowiek coraz bardziej go przerażał. To, co opowiadał.... Nie, to nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być jakiś głupi sen...

-Nie obawiaj się, to całkowicie bezpieczne. - błazen wyszczerzył zęby. - Dante zszedł do piekieł i wrócił, by o tym opowiadać... Musisz tylko przyznać, że oczy kruka skrywają więcej, niż nam się wydaje...

-Ty gnoju! Cholerny świr! - krzyknął Tadeusz, po czym obrócił się na pięcie i wybiegł z wozu, na wpół przerażony, na wpół wściekły. Klaun go nie zatrzymywał.

Gdy znalazł się już na zewnątrz, poczuł mroźny wiatr na twarzy. Oddychał ciężko, serce biło mu jak młotem, ale strach zaczął powoli go opuszczać, wypierany przez zwierzęcą wściekłość. Jak ten śmieć śmiał mówić mu takie rzeczy? Jak mógł tak kalać pamięć Marcina? Jego synek nie zasłużył na coś takiego... był radosnym, dobrym chłopcem, który kochał cały świat. Nie zasłużył na takie traktowanie. Jakiś świr nie mógł kalać jego pamięci. W jednej chwili Tadeusz podjął decyzję – zabije tego gnoja.

Jednakże gdy wrócił do wozu i zobaczył klauna, spokojnie otwierającego szafę, umysł zaatakowała mu natrętna myśl - „Marcin nie zasłużył też na śmierć.”

Chwila wahania wystarczyła klaunowi na wyciągnięcie z szafy dziwnego, cylindrycznego słoja, w którym niemrawo poruszał się jakiś maleńki ognik (robaczek świętojański?). Ten widok w jakiś niewytłumaczalny sposób zasmucił Tadeusza, a natrętna myśl powróciła ze zdwojoną siłą. Nie potrafił tego w żaden sposób wyjaśnić, ale światełko napełniło jego serce dziwną melancholią.

„Marcin nie zasłużył na śmierć”.

-No dobra, świrze. – warknął Tadeusz, utkwiwszy wzrok w światełku, punkciku, który wręcz zdawał się hipnotyzować jego wzrok. – Zwróć mi go. - powiedział bez emocji, przenosząc wzrok na klauna. – Zwróć mi go. Jeżeli tego nie zrobisz, zabiję cię.

Dopiero po chwili dotarło do niego, jakie słowa opuściły jego usta. Choć przecież nie wierzył temu szaleńcowi, to przed chwilą poprosił go o zwrócenie życia Marcinowi, tak jakby miał do czynienia z jakimś cudotwórcą. Ale to był tylko głupi klaun, chory psychicznie człowiek. Dlaczego mimowolnie go o to poprosił? Czyżby on też oszalał?

Wtedy oczami wyobraźni ujrzał małego Marcina, pięcioletnie dziecko o włoskach koloru słońca, bawiące się na śniegu, uśmiechające się do niego z ufnością i miłością, której nikt w tym cholernym świecie nie chciał mu dać. Widział, jak chłopczyk bawi się tego grudniowego dnia, jak jego czapeczka to pojawia się, to znika za zaspami śniegu. Jego rączki ugniatały pracowicie biały puch, a w jego błękitnych oczach Tadeusz widział niezmąconą radość. Marcin chciał ulepić bałwana, planował to już od wakacji, od tych upalnych dni, gdy inne dzieci nie myślały nawet o zimie. „W końcu ulepię bałwana” powtarzał ojcu, śmiejąc się od ucha do ucha. „Takiego wielkiego, jak na filmach. Nigdy takiego nie lepiłem. Myślisz, że to trudne? Myślisz, że sobie poradzę?”

-Oczywiście, poradzisz sobie. - odpowiadał ojciec jedynej osobie na tym przeklętym świecie, która kochała go bezwarunkowo, za to, kim był, nie wypominała mu tego, czym się stał i nie żądała niczego w zamian. Anna zawsze kłamała; pod jej czułymi słowami zawsze kryło się oczekiwanie. Utrzymywała, że niczego nie pragnie, lecz tak nie było. Pragnęła wielu rzeczy i nie dawała niczego za darmo, choć mówiła inaczej. Nigdy nie kochała Tadeusza, lecz jedynie jego zmyślony obraz; kochała tego mężczyznę, którym według niej powinien być Tadeusz. Ale nie jego.

Marcin był inny. Nie próbował go zmienić, nie chodziło mu o wyidealizowany obraz ojca. Zawsze chodziło mu tylko o niego. I choć często prosił o zabawki czy słodycze, to jednak najważniejszy zawsze był dla niego rodzic, a nie to, co od niego otrzymywał.

Wtedy pękła kra, a wraz z nią rozpadł się świat Tadeusza. Trzask pękającego lodu i krótki, urywany krzyk wymieszały się ze sobą, stworzyły jeden przerażający dźwięk, który już na zawsze zamieszkał w sercu ojca, prześladując go każdej nocy, wracając w snach. Nie potrafił już zasnąć.

Marcinek nie zasłużył na taki los. Być może Tadeusz w końcu oszalał, być może prześladujący go obraz umierającego syna doprowadził go na skraj poczytalności. Być może był już taki sam, jak ten błazen. Być może. Teraz jednak zdał sobie wyraźnie sprawę z tego, że cokolwiek mówił rozum, jego serce nie pozwoliłoby mu na zignorowanie słów cyrkowca, nieważne, jak bardzo szalone mogły się wydawać. Marcin zasługiwał na wszystko. Nawet na uwierzenie w coś, co nie mogło być prawdą. Tadeusz był to winny swemu synowi.

-Cieszę się, że się jednak zdecydowałeś. - dziwnego uśmiechu klauna nie dało się zaklasyfikować do radosnych. – Teraz słuchaj uważnie. Będziesz musiał robić wszystko, co ci każę, nieważne, jak wyda ci się to głupie albo dziwne... musisz robić wszystko, co każę. Od tego zależy powodzenie całego przedsięwzięcia. Łapiesz?

-T-tak... - wybełkotał przytłoczony tą sytuacją Tadeusz.

-Dobrze. - mruknął nieobecnie klaun, przyglądając się badawczo drugiemu mężczyźnie, jak gdyby go w jakiś sposób oceniał. – Przyznaj więc, że oczy kruka skrywają więcej, niż nam się wydaje.

Tadeusz skinął niepewnie głową.

-T-tak. - czy to dzieje się naprawdę?

Niespodziewanie klaun roześmiał się głośno, ochryple, jakby nie zauważając wahania w głosie drugiego mężczyzny, po czym podszedł do słoja, w którym ognik poruszał się niespokojnie.

-Co robisz? - spytał Tadeusz słabym głosem, który wydawał się nie należeć do niego, lecz błazen nie odpowiedział.

-Ith'ar ishtar tha'r theu. - wyszeptał cyrkowiec, całkowicie ignorując pytanie drugiego człowieka. Światełko rzuciło się w swym szklanym więzieniu, jakby doskonale rozumiało te dziwne słowa, a gdzieś w oddali rozległ się się huk gromu. Tadeusz zadrżał.

-Ith'ar isthtar tha'r theu. - powtórzył klaun, kładąc dłonie na słoju i zamykając oczy. W jednej chwili jego oblicze uległo całkowitej przemianie. Nie był już szaleńcem o smutnych oczach, błaznem z nadwagą; nagle jego ukryte pod makijażem rysy zdały się Tadeuszowi niepokojąco szlachetne. Ognik wydawał się zauważyć tę przemianę; skoczył na szklane ściany swego więzienia, jak gdyby próbował je zniszczyć i wyrwać się na zewnątrz. Jego światło przybrało na sile, lecz wszystko wokół zaczęło tonąć w mroku; cienie wypełzały spod szafy i łóżka, klejąc się do nóg Tadeusza, zakrywając okna.

-Akh'than serren tha'r. – klaun uniósł w górę ręce, a zimny wiatr wdarł się do wozu z takim impetem, że drewniane ściany zajęczały w proteście. To nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być sen!

-Co robisz...? - jęknął Tadeusz, cofając się o krok. – Przestań...

To nie mogło dziać się naprawdę.

-Akh'thar then! - krzyczał klaun, a wiatr przybierał na sile, uderzając wściekle w ściany wozu.

-Przestań! - wrzasnął Tadeusz, trzęsąc się jak osika.

Cieni było coraz więcej. Gdzieś w oddali rozległ się trzask, jakby coś pękło na pół.

To działo się naprawdę.

-Przestań! Przestań! - wrzeszczał Tadeusz, lecz klaun nie przerywał inkantacji. Ognik niespodziewanie rozbłysł oślepiająco, niczym małe, umierające słońce, lecz cienie się nie cofnęły. Pośród morza czerni pojawiła się nagle wysepka czystej bieli, nie potrafiła jednak przegnać ciemności.

To nie był sen.

Tadeusz rzucił się do panicznej ucieczki. Skoczył do przodu, obawiając się, że cienie go schwycą, owiną mu się wokół nóg, i nigdy stąd nie wyjdzie. Gdzieś na granicy słuchu zarejestrował radosny śmiech dziecka, lecz nie zatrzymywał się. Musiał uciekać.

Ku jego zdumieniu nic go nie pochwyciło, nic nie zatrzymało w tym straszliwym miejscu; udało mu się wybiec na zewnątrz. Oddychał ciężko, tak, że wręcz bolały go płuca, ale mimo to lekko się uśmiechnął. Żył. Czuł ból, więc żył. Udało mu się. Uciekł z tego piekła.

Gdy uniósł głowę, zobaczył nad sobą czarne niebo i poczuł na twarzy wielkie krople deszczu, którymi silny wiatr wściekle smagał go po policzkach. Burza.

Przypomniał sobie wtedy śmiech dziecka, który usłyszał, gdy wybiegał z wozu. Śmiech, który tak dobrze znał.

-Mój chłopak... - wychrypiał. – Marcin... Synku...

Obrócił się na pięcie i rzucił z powrotem do wozu.

-Marcinku! Marcinku! Poczekaj! - krzyczał, wbiegając do środka.

Gdy znalazł się w nieprzeniknionym morzu cieni, powitał go ostry świst wiatru i delikatny, ledwo słyszalny odgłos pękającego lodu. W środku nie było już nikogo.


niedziela, 9 grudnia 2012

Spazmy młodego kabotyna nad artystyczną pornografią, czyli zachłyśnięcie się gnojka Mechaniczną Pomarańczą. [Mechaniczna Pomarańcza]

by poprzednie wcielenie Heiniego Kadlubka



Mechaniczna Pomarańcza, ów dramat science-fiction Stanleya Kubricka jest – można stwierdzić z pełną śmiałością – filmem w licznych kręgach kultowym. Choć, co prawda, od czasu, kiedy to zainaugurowano jego projekcję minęły przeszło trzy dekady – to produkcja owa szokuje widzów po dziś dzień. W największej mierze ze względu na wymyślnie skonceptualizowaną formę i znajdującą się pod jej cokolwiek pofałdowanym płaszczem niezwykle pesymistyczną w swym wydźwięku treść.

Akcja utworu osadzona została w bliżej nieokreślonej przyszłości – ludziom bowiem odzianym w futurystyczne garderoby towarzyszą nieodłącznie surrealistyczne dekoracje, nadające przeto filmowi klimat przemożnego niepokoju – w pełni oddając akcji jej ekstrawagancki wymiar. Umiejscowienie drastycznych fizycznie i dramatycznych w głębszym ujęciu perypetii głównego bohatera, Alexa, w czasie i miejscu niekonkretnym, jest zabiegiem mającym na celu uświadomienie odbiorców dzieła, że przesłanie, czyli problematyka filmu jest zagadnieniem uniwersalnym – przeto niezawisłym od czynników czaso-przestrzennych.


Pozornie, ulegając pierwszemu wrażeniu rozliczne sceny z filmu pobrzmiewają w tonie lekkim, humorystycznym. Pozwolę się w tym momencie posłużyć brutalną sceną, jedną z wielu zresztą. Mianowicie aktowi przemocy najpodlejszej – gdzie wszak sromotnemu zgwałceniu podlega kobieta, na dodatek na oczach bezradnego męża – asystują finezyjne, quasi-baletowe podskoki nikczemników jednorodnie przybranych w obcisłe spodnie na szelkach, kabaretowe kapelusze, sztuczne nosy i ochraniacze na przyrodzenia. Całości groteski dopina sam herszt grupy, wszelako wyśpiewujący solo Deszczową Piosenkę. Absurdalna groza sytuacji potęguje się z chwili na chwilę. Uznaję za stosowne tym niemniej nadmienić, iż mimo błazeńskiej erupcji łotrowskiej pożądliwości cała akcja zostaje przeprowadzona niezwykle metodycznie, jakby agresorzy zawczasu mieli już skrupulatnie przećwiczoną "choreografię napadu". Alex et consortes rzeczywiście więc działają powodowani popędem, targani emocjami – jednakże nie odbywa się rzecz bez nieuwzględnienia wcale racjonalnych reguł.

Natomiast, iżby wzmóc dynamizm sceny w pewnym momencie obserwujemy, jak akcja rozgrywa się w przyśpieszonym, zawrotnym wprost tempie. Dzięki czemu sam w sobie gwałtowny wyimek z filmu zostaje jeszcze zintensyfikowany. A nieomal - spariodiowany.

Pierwsza część filmu jest jakby zapisem, dokumentacją z ekscesów swawolnej, żądnej wrażeń radykalnych szajki. Warto pochylić się na jakiś czas nad ustępem, kiedy to w duchu wojny gangów dochodzi do bezpardonowej potyczki, gdzie na przeciwko siebie stają dwa zwaśnione gangi. Zwycięża wygimnastykowana banda naszego bohatera – deklasując rywali, zostawiając ich leżących bezładnie pokotem. Wspomniana scena jest prześmiewcza; gesty, które towarzyszą bohaterom są pełne egzageracji – a zadawane przez nich razy przerysowane, obśmiewające filmy walk. Symbioza sztuki tanecznej z teatrem, a gdzieś jakby obok dopiero ma miejsce owa bitwa, pogrom.



Niezwykle interesującym momentem omawianego filmu głównie ze względu na walory techniczne – poświadczające o niepospolitym rzemiośle reżysera oraz operatorów – jest chwila, gdy Alex zdając sobie sprawę, iż jego pozycja w gangu systematycznie słabnie postanawia dobitnie – a więc par force – wytrząsnąć z głów swych kamratów jakiekolwiek bądź myśli o wszczęciu buntu. Toteż w ekwilibrystycznym stylu gromi ich w sekwencji, gdzie tym razem w tempie spowolnionym strąca kompanów, jednego po drugim, do wody.

Rzeczonym czynem Alex manifestuje swą egoistyczną indywidualność. Nawiązując do rozważań markiza de Sade: nasz bohater udowadnia, iż jest – wedle nomenklatury filozofa-libertyna – Jedynym. Czyli, że nie ma pośród ludzi nikogo, kto by był mu równy, nawet jego „bracia” (jak się zresztą sami tytułują). Chociaż partycypowali oni w jego rozkoszach, to z upływem czasu stają się ofiarami, którymi bohater de facto u zarania historii wyraźnie pogardzał. Niemniej przeto Alex nie może zostać Jedynym par excellence – są mu oni bowiem niezbędni, potrzebuje ich pomocy – gdyż sam nie byłby mocen w pełni zaspokoić swych zdrożnych namiętności. Utworzył gang nade wszystko dla własnej ochrony, podobnie, jak mieli to czynić libertyni(bohaterowie utworów Sade’a) – organizujący się w tajne stowarzyszenia.


Treść poznawcza filmu dotyka fundamentalnej kwestii – stawia mianowicie pytanie o istotę, o źródło zła. Odpowiedź, która została zawarta w samym finale utworu ma wydźwięk nader niezadowalający. Otóż zło, podług wykładni filmu, tkwi immanentnie w człowieku – jest ono mu przyrodzone. Człowiek powodowany naturalnymi pobudkami (tutaj kłania się rewindykacja natury), ulegający przemożnej sile pożądania zapamiętuje się w ekscesach – choć – jak mądrze zauważył de Sade – tak czy inaczej ściąga racjonalnie cugle swego roznamiętnienia – o tyle, o ile jest to konieczne – iżby się w nim nie zatracić, doprowadzając się do gwałtownego skonu. W ten oto sposób postępuje Alex, który przebywając wśród rodziców zachowuje się niczym zwyczajny, trochę tylko krnąbrny młodzieniec.

Jakkolwiek jedna ze zbrodni bohatera wychodzi nieszczęśliwie dla niego na światło dnia. Osadzony w zakładzie penitencjarnym otrzyma jednakoż szansę przedwczesnego zwolnienia; pod warunkiem, iż podda się nowatorskiej „terapii” – której celem jest przeorganizowanie umysłu „pacjenta” tak, by dla niego obmierzłą była przemoc. Dochodzi do tego, że Alex nie jest nawet w stanie przedsiębrać czynu samoobrony.


Pojawia się pytanie o zakres wolności człowieka. Sama kuracja natomiast odnosi się do normatywnych reguł ludzkiego – tzw. właściwego – zachowania, regulowanych przez setki lat i wdrażanych do młodych umysłów za sprawą procesów socjalizujących. Czyżby więc taki sposób postępowania względem właśnie kształtujących się ludzkich istnień był sztucznym manewrem przeciwstawiającym się przedwiecznej Naturze? Jak daleko miałaby sięgać wolność jednostki, zaliż tak – jak zagadnienie ujął Marks– aby miała prawo do czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym? Z drugiej strony osobowość Sadyczna „tylko w ekscesach może odnaleźć wolność”. Człowiek jest cnotliwym dlatego, że nie chce wchodzić w konflikt ze społeczeństwem i jego decyzja jest kompromisem – poświęca on bowiem swe przyrodzone skłonności stając w szranki z Naturą. Atoli to ona na ostatni bierze górę. No i wiwat! Hej, wiwat!

W drugiej części filmu dawny oprawca staje się ofiarą – a ciemiężą go ci, których on wcześniej upokorzył. Zemsta ma wymiar absolutny, bezwzględny. Alex zostaje przekazywany spod pręgierza do coraz to nowych miejsc kaźni. Fata poddają go przymusowej ekspiacji. Zostaje on osamotniony (osierocony duchowo), staje się człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Gdy już się zdaje, że Alex ponosi zasłużoną karę, a bezecne postępowanie jest dalece nieopłacalne – naonczas bohater powraca do swej dawnej natury, natury człowieka dążącego nade wszystko do osiągnięcia szczęścia. Ktoś by zakrzyknął: on to na powrót staje się wolnym!


Na koniec winienem tedy jeszcze wspomnieć o oprawie muzycznej do filmu, odgrywa ona bowiem rolę niepoślednią. Przy scenie otwierającej dzieło, gdy dufni w swoje możliwości członkowie gangu siedzą na sofie rozparci niczym wielmożowie (a świat wydaje się leżeć u ich stóp) w barze Korova Milky Bar, towarzyszy obrazowi główny temat z marszu pogrzebowego skomponowanego przez słynnego Purcella z okazji śmierci królowej. Fragment kompozycji został przetworzony przez elektroniczną aparaturę. Poza tym widz dostępuje takoż zaszczytu przesłuchania wyimka z jednej z uwertur Rossiniego. Znaczenia szczególnego w kontekście rozwiązań fabularnych nabiera muzyka chmurnego Beethovena, a zwłaszcza ostatnia z jego symfonii, tj. IX. Rozbrzmiewa ona mianowicie donośnymi dźwiękami, kiedy Alex zostaje poddany „terapii” – współbytuje wtenczas z wyświetlanym na projektorze filmie obfitym w nieprzystojne sceny. Piękno muzyki klasycznej – którą notabene szczególnie sobie upodobali filmowi zbrodniarze – nie harmonizuje, mimo wszystko, ze scenami okrutnego gwałtu. Muzyka pozostaje nienaruszalną świętością.


Na marginesie, nie wiadomo, jakiej muzyki - jeżeli w ogóle - słuchał zboczony markiz. Podobna wiedza, mniemam, mogłaby rzucić pewne światło na jego osławione pomysły.


Kabotyn, 2008.

 

niedziela, 2 grudnia 2012

Paź królowej

by Heini Kadlubek





Nie wiem, to mogła być wiosna. Teraz tak przypuszczam i staram się tego dociec. Natomiast wtedy w umiarkowanym stopniu sobie tym zaprzątałem głowę. A że pora była cokolwiek ciepła wynoszę z tego, jak byłem podówczas ubrany oraz usposobiony. Jeśli idzie o to pierwsze – to byłem przyodziany w lekki, można powiedzieć letni oraz świąteczny strój. Na który to w głównej mierze składały się biały surdut i takież pantalony.
Poza tym byłem życzliwie nastrojony wobec życia oraz czekających mnie oraz tak wyczekanych przeze mnie dni.

Gdy wymaszerowałem na podwórze, pierwsze co uczyniłem – to zaczerpnąłem rzeźwego powietrza. Wskutek czego pojaśniało mi w głowie. Myślę, że nawet rozpocząłem nucić całkiem dosłyszalnie pewną piosnkę. Z którą to zapoznałem się pewnego razu, gdym był na dworze na proszonej wieczerzy z zamówionym koncertem.

Minąłem dość szerokim, ale nie ostentacyjnym łukiem okoliczny wyszynk. Ażeby za moment zejść lekko stromym zboczem w dolinę poprzetykaną drzewami. Uświadczyłem tam giętkich brzóz, a w dali niewyraźnych jeszcze dębczaków. Jest to powszechnie znane i dostępne miejsce spotkań.

Aktualnie, gdy sięgam pamięcią do czasu minionego, nie wiem, czy byłem wtedy z kimś umówiony, czy szedłem w to miejsce, bo uznałem je za malownicze, a wreszcie: możliwe też, że coś przeczułem, zwietrzyłem zatem pewną ku czemuś sposobność?

Była to dość wczesna pora, niemniej słońce jak gdyby już zupełnie przebudzone: świeciło bezwstydnie. Tak, że jego promienie odbijały się od kropli rosy.

No i cóż? - pierwsze osoby, które spotkałem okazały się być mi całkiem nieźle znane, choć też w dość różnym stopniu. Byli to mężczyzna i kobieta. Zatem: don Saltamontes oraz donna Iza, którą to dla ułatwienia w dalszych ustępach będę tytułował „królową świętą i pełną czci Izabellą”.

Pierwsze co – to przywitałem się z napotkanymi, wykazując się znajomością dworskich manier.

- Bądźcież pozdrowieni, dumna donno Izabello oraz ty, brodaczu, don Saltamontesie! - zawołałem układnie. Nadto klepnąłem go z rewerencją w ramię, a po jej opiętej rękawiczką dłoni prześlizgnąłem się nabożnym pocałunkiem.

Zaczem, rzecz wiadoma, wygłosiłem okolicznościową, zaprawioną pogodnym humorem przemowę. Pierwej oznajmiłem im, że jestem rad ze spotkania, by za chwilę począć układać słowa na cześć dzisiejszego przedpołudnia.

Jestem przeświadczony, ze gdybym miał przy sobie mandolinę – to i bym zaśpiewał, towarzysząc sobie oszczędnie instrumentem muzycznym. Dlatego tak myślę, bowiem podówczas byłem prawdziwie przy głosie i dobrze by było ową sposobność tak lirycznie wyzyskać.

Jak widać, teraz zbaczam z głównego nurtu narracji, bo jestem też trochę oniemiały, gdy wiem, że powinienem choćby słowem scharakteryzować ówczesną towarzyszkę wesołego kompaniona. I również winienem się przyznać do tego, czemu to wtedy mówiłem wielkim głosem, niemal jak herold, i na dodatek, dlaczego tak prędko przejąłem inicjatywę.

Albowiem byłem dostrzegalnie zawstydzony. Widziałem, ze ona była szczupła, nieomal krucha, i przyobleczona w jasnobłękitną – może nieco spłowiałą od słońca? - suknię. I też właściwie jej nie znałem. Toteż zwyczajnie nie wypadało mi z nią poufnie rozmawiać.

Oczywiście, zapytałem się – jak się przedstawia stan jej zdrowia. I podziękowała mi, może trochę ceremonialnie, na – jak zapewne przypuściła – etykietalne zapytanie. Niemniej które należało do porządku spotkania kulturalnych ludzi. Zaś co do jej zdrowia – to nigdy w nie nie wątpiłem.

Tutaj, powodowany kronikarskim obowiązkiem bądź też zamiłowaniem, wspominam, że między nami leżało rozpostarte białe płótno. Był to, mniemam, symbolicznie napomknięty obrus, który w tym wypadku miast ozdabiać stół zakrywał chłodną jeszcze ziemię.

I też z braku odwagi postanowiłem wbić się w pychę. Zatem odwołując się do mojej wiedzy historycznej opowiadałem im o rysujących się w niejakim oddaleniu delikatną, nieledwie naszkicowaną linią, wzgórz. Mówiłem, że dawniej stanowiły one element fortyfikacji miejskiej. I dodałem pocieszająco, że dziś nie muszą już pełnić podobnej funkcji.

Przyznaję się: próbowałem to rozegrać popisowo. Dlatego też luki w moim wykształceniu wypełniałem niezgorzej wówczas dysponowaną wyobraźnią, zmyślnie dodając „to i owo”. Natomiast gdy na skraju, przy drzewie, zamajaczył motyl – nazwałem go z przekonaniem paziem królowej. Swada z jaką to wymówiłem zakryła moją niepewność. Albowiem nie byłem tak do końca pewny, czy akuratnie go zaklasyfikowałem! Mam słabowity wzrok, więc, jak teraz myślę, mógł to równie dobrze być choćby żeglarz.

Później prowadziliśmy rozmowę. Przy czym, jeśli się do kogoś bezpośrednio zwracałem, to był to don Saltamontes. Jednakże w istocie nie mówiłem do niego. Jedynie ktoś obserwujący nas z zewnątrz mógłby powziąć podobne mniemanie. Chciałem przeto aby moje słowa przyjęła do siebie królowa święta Izabella. Dlatego też można było rozpoznać w moim głosie zmieszanie i podenerwowanie.

Wprawdzie wyczułem, że między nami zaistniało napięcie, które wszakże również jest dialogiem. Jest to bardziej żywa rozmowa. Niemniej nie wykluczam i tego, że wyłącznie we mnie była uwaga i owo napięcie – i że zwyczajnie przeniosłem je na drugą osobę. Chodziło więc zaledwie o moje życzenie.

Teraz nie mogę przytoczyć wielu słów z tego, co zrazu zostało powiedziane, bo też one nie były znów takie ważne, jak gdyby stanowiąc nic innego, jak parawan właśnie, dymną przesłonę. Natomiast pamiętam na pewno, że ona zaklęła. Uczyniła to – ot tak sobie, bez złości.

I jeśli dotychczas podejrzewałem był, że może ona mieć realne przymioty świętej – to wtedy odjęto mi wszelkie wątpliwości.

- Tak to więc jest – powiedział z nagła Saltamontes, po czym prostując się z niejakim wysiłkiem, przeprosił nas, tłumacząc się pewną ważną sprawą, której to musiał stawić czoła. Wprawdzie miał on niebawem wrócić, ale tymczasem pozostawił nas samych sobie.

Będąc pod działaniem adrenaliny, wnet przypomniałem sobie zagadnienie, o którym mogłem opowiedzieć. Najprzód rzuciłem jeszcze z ukosa nerwowym spojrzeniem na dziewczynę. Aby po krótkim odchrząknięciu zacząć mówić, starannie dobierając słowa:

- Może też pozwoli pani, że spróbuję ją zaciekawić pewnym oto tematem. Albowiem nie dalej jak trzy dni temu miałem sposobność zapoznać się z pewną uczoną rozprawą. Znajduję ją o tyle zajmującą i cenną, że traktuje ona o istotach o anielskim rodowodzie. Jest to tedy jak gdyby traktat angelologiczny.
Autor tegoż jako były wojskowy a obecnie teolog poświęca swoją uwagę oraz namysł Archaniołowi Michałowi. A zatem: prawi o nim jako o strategu oraz taktyku. Przeto takie funkcje skupiły się w nim, gdy podjął się zadania stłumienia rebelii ciemnych odszczepieńców.

I choć znamienity autor nie podaje w wątpliwość powszechnie znanych zasług i odznaczeń bojowych rzeczonego Sługi Bożego, to jednak nie jest to równoznaczne z tym, że zarazem nie dostrzega on pewnych nieścisłości zawartych w niektórych opracowaniach tegoż tematu.

W tym oto momencie przerwałem. Raz – żeby zaczerpnąć tchu. Dwa – by wybadać reakcję mojej słuchaczki, słowem, chciałem przejrzeć się sobie w jej oczach. Nadmienię jeszcze, że do tej pory byłem z siebie zadowolony, niezgorzej bowiem mi to szło. Wszakże przyjąłem cokolwiek uczoną postawę. Nadto – mówiłem, pamiętając o regułach i walorach intonacji. A mój głos wybrzmiewał w niskich rejestrach, dzięki czemu musiał być przekonujący.

Jakkolwiek w jej spojrzeniu dostrzegłem pomieszanie wyrzutu z zatroskaniem. Czyżbym więc pomylił jakiś fakt? - zaniepokoiłem się poważnie. Jednak mimo moje zmieszanie powziąłem postanowienie kontynuowania opowiadania.

Tymczasem to ona zabrała głos:

- Widzę, żeś zaniepokojony, odkąd to na mnie spojrzałeś. Ale to nie przejmuj się. Nie przejęzyczyłeś się, czego tak się zapewne obawiasz. Co się zaś tyczy samego zagadnienia – to nie jest mi ono dobrze znane. Rozprawy, na którą się powołujesz najzwyklej pod słońcem nie znam.

I jeśli zakładam, że nie okłamujesz mnie, to musisz być prawdomówny – tutaj przerwała, uśmiechając się przy tym, co dodatkowo mnie stropiło – Doceniam także – podjęła wątek – twoje, hmm, tak, twoje zacięcie aktorskie. Przecież lubię teatr. Ale gdy tylko chcę uświadczyć atmosfery, jaką on wytwarza, tej całej konwencjonalności, to po prostu wybieram się na spektakl. I czy wiesz, o chcę ci powiedzieć? Myślę, że tak, wiesz to.

Rozeznałam się w owej sytuacji już jakiś czas temu. Spodziewam się, że tytułujesz mnie na sposób barokowy i w takie też szaty mnie każdego dnia przystrajasz. Domyślam się, że jest to jakaś oznaka zainteresowania moją osobą. Ale mi jest w nich ciężko, trudno mi złapać dech.

Jestem też trochę ciekawa, jak mnie nazywasz – powiesz mi? Albo nie. Wiesz, że mam krótkie imię i podoba mi się jego brzmienie? Lubię też, gdy ktoś się do mnie zwraca właśnie po imieniu.

I czy już mnie rozumiesz?

Stałem więc przygaszony, ale uświadamiając sobie, że zostałem przecież o coś zapytany, odparłem, trochę się jąkając: - Tak, teraz już wiem, rozumiem.

- To dobrze! - oznajmiła mi wypogodzona – Chodź więc ze mną, przespacerujemy się trochę. Może pójdziemy pod te wzgórza, o tam! widzisz je?